Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty

DZIECI I BRUD IDĄ W PARZE




Przypomina mi się niedawna sytuacja. Niedziela. Idziemy na spacer na plac zabaw. Na dworze jest bardzo ciepło. Moja córeczka ma na sobie śliczną letnią sukienkę, białe rajstopy (kupione na specjalną okazję, ale tak bardzo chciała je ubrać, że nie potrafiłam odmówić), włosy zaplecione w warkocz. Przed wyjściem z domu dostrzegam wielką dziurę z tyłu sukienki. Informuję Amelkę o tym fakcie i oferuję, że przyszyję odpadającą falbankę. Amelia nie przyjmuje mojej pomocy twierdząc, że ona tak lubi i że jej się nie chce teraz sukienki ściągać. No to idziemy. Z dziurą. Po drodze są lody i podskoki, a na placu zabaw szaleństwa. Wracamy do domu. Amelka ma już nie tylko podartą sukienkę, ale też rajstopy. Jest mega brudna i rozczochrana. Za każdym razem, kiedy na nią spojrzę parskam w duchu śmiechem i rozczulam się jej widokiem. Jest brudna jak nieboskie stworzenie. I mega szczęśliwa. Biegnie radośnie, skacze po krawężniku i papla bez końca. W wózku siedzi jej młodszy brat z czarnymi kolanami i brudnymi skarpetkami. Uroczy widok.

Przypomina mi się moje dzieciństwo. Pełne zabaw, śmiechu, kłótni i przyjaciół. Biegaliśmy z podwórkowymi kolegami od rana do późnego wieczora po wszystkich okolicznych dziurach, piwnicach, drzewach i polach. Nikt nie był głodny ani zmęczony i nikt niczym się nie przejmował. Umorusani, z obdartymi kolanami i z wielkimi umiechami na twarzach.

Mimo, że lubię czystość i lubię sama dobrze wyglądać, to w kwestii dzieci sprawa jest dla mnie jasna. Dzieci i brud idą w parze. Im bardziej są brudne, tym bardziej wydają się beztroskie i szczęśliwe. Uwielbiam, kiedy dzieci mają brudne buzie. Nie ruszają mnie plamy i dziury na kolanach. Jest to rodzaj dziecięcego przywileju. Uważam, że w życiu czeka je tyle ograniczeń, że choć przez chwilę mogą żyć w totalnej beztrosce. Ubieram moje dzieci ładnie, bo tak lubię. Córeczka nosi sukienki, bo ona tak lubi. Jednak nigdy nie stresuję ani siebie ani jej faktem, że coś się może zniszczyć ani pobrudzić. Wychodzę z założenia, że skoro ubieram dzieciom coś ładnego i jednocześnie pozwalam biegać po placu zabaw, to decyduję się świadomie na pewne zniszczenia i plamy. 

Chcę, żeby moje dzieci nacieszyły się dzieciństwem i wszystkimi jego przywilejami zanim dorosną. Chcę, aby biegały umorusane z rozwianymi włosami, szukały żab w sadzawce dziadka i wdrapywały się na drabinki na placach zabaw. Chcę, aby z ciekawością odkrywały świat, aby były wolne od ograniczeń i lęków dorosłych. Bo kiedy później będą się brudzić, skakać po kałużach, zwisać głową w dół z trzepaka, leżeć na piasku i wycierać nosy rękawem. Przyjdzie czas, kiedy same nie będą chciały tego robić, kiedy spoważnieją i wydorośleją. Wspomnienia zostaną jednak w ich sercach na zawsze. Jeśli to będą dobre i miłe wspomnienia, to zawsze będą miały do czego wracać i skąd czerpać siłę i radość życia.

Odkąd jestem mamą stałam się częstą bywalczynią placów zabaw. Chodzę na nie z dziećmi praktycznie codziennie, czasem po kilka razy. Zdarza się, że chcąc nie chcąc jestem obserwatorką smutnych sytuacji, kiedy dorośli zabraniają dzieciom bycia dziećmi. Docierają do mnie hasła: "tylko się nie pobrudź", "uważaj na nowe buty", "nie wchodź tam, bo spadniesz", uważaj to niebezpieczne", "nie zniszcz sukienki" i wiele podobnych. Rozumiem czasem tych rodziców. Ciężko pracują, aby zapewnić swoim pociechom dobra materialne i troszczą się o nie. Uważam jednak, że dzieci mają prawo do poznawania świata na ich własny sposób. Mają prawo być dziećmi.
Rozwiązanie dla mnie jest dość proste. Wystarczy kupić gorsze ubranie w second handzie albo nie zabierać dziecka na plac zabaw, jeśli się boimy, że się pobrudzi. Branie dziecka na plac zabaw i zakazywanie mu zabawy to tak jak stawianie mu przed nosem ciastka z kremem, którego nie może zjeść. Dziecku cieknie ślinka, a mimo to nie może go dotknąć. W takim wypadku chyba lepiej w ogóle ciastka nie dawać.

Mówi się, że brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko. Nie zawsze dosłownie, ale coś w tym jest. A szczęśliwe dziecko, to szczęśliwy rodzic i vice versa :)

DLACZEGO JEM SIEMIĘ LNIANE


Po pierwszym porodzie miałam spore huśtawki nastrojów. Miałam wiele oczekiwań wobec samego porodu i wobec siebie jako młodej mamy i kiedy okazało się, że na bardzo wiele spraw nie mam wpływu i że pewne rzeczy wymykają mi się spod kontroli, przez jakiś czas trudno było mi to zaakceptować. Do tego huśtawka hormonalna związana ze zmianami w organiźmie, problemy z laktacją, przeprowadzka plus zmęczenie wpłynęły na to, że początek mojego pierwszego macierzyństwa nie był taki prosty.

Po pierwsze przeciwdziałaj!

Dlatego w drugiej ciąży postawiłam na profilaktykę, pozytywne nastawienie i brak oczekiwań. Zdecydowałam, że nie będę planować porodu ani zakładać, jak będzie wyglądał. Po prostu zdam się na życie. Na sytuację, na siebie, swoje dziecko i pomoc innych ludzi. I udało się. Poród jak poród. Zaczął się, skończył. Ja poddałam się sytuacji, urodziłam bezpiecznie synka, przytuliłam go, na twarzy pojawił się uśmiech i koniec. Przeszłam do porządku dziennego. 

Siemię lniane

W kwestii profilaktyki, miałam ogromne szczęście. W połowie ciąży poznałam cudowną położną panią Lucynkę. Któregoś dnia zamieściła ona na swoim profilu facebookowym ten artykuł o siemieniu lnianym. Tytuł od razu przyciągnał moją uwagę. Przeczytałam, zafascynowałam się i poszłam do sklepu po siemię. Zaczęłam je jeść już w ciąży, potem na jakiś czas przestałam. I po porodzie znów zaczęłam jeść łyżkę dziennie. 

Okazuje się, że siemię lniane zawiera olbrzymią ilość naturalnych kwasów omega 3, które wspaniale wspierają wiele procesów w naszym organiźmie. Poza tym siemię cudownie reguluję pracę naszych hormonów i wpływa korzystnie na poprawę nastroju. Jak wiadomo, po porodzie gospodarka hormonalna jest całkowicie zachwiana, a nasze emocje często są poza zasiegiem naszej kontroli i tutaj właśnie siemię ma dla nas zbawienną moc. Zgodnie z zasadą, że lepiej przeciwdziałać niż leczyć, dla mnie najważniejsze jest to, co mogę zrobić dziś, żeby uniknąć gorszego samopoczucia jutro. Dlatego właśnie zajadam moje ziarenka :)
Więcej ciekawostek na temat siemienia lnianego znajdziecie na blogu Agnieszki Maciąg.
Ja codziennie rano po śniadaniu zjadam na sucho dużą łyżkę ziaren siemienia lnianego. Staram się je dobrze rozgryźć i popić wodą mineralną. 

 Witamina D

Oprócz siemienia lnianego biorę również codziennie kapsułkę witaminy D dla dorosłych, która również jest znana ze swoich właściwości poprawiających nastrój. Ta witamina jest produkowana w naszym ciele tylko pod wpływem pewnych procesów i często cierpimy na jej niedobór. Dlatego w ciąży oraz po niej zalecana jest jej suplementacja. Ja o witaminie D dowiedziałam się z bardzo ciekawych badań oraz od mojej pani doktor, która zalecała mi jej spożycie w okresie ciąży. Z kolei pediatra w szpitalu po porodzie na pytanie, jakie witaminy może zażywać mama karmiąca, wspomniała, że warto brać właśnie witaminę D, bo nasz organizm nie produkuje jej w wystarczającej ilości.
Witamina D jest produkowana w naszym ciele przy udziale słońca, dlatego istotna rzecz, o jaką warto zadbać, to przebywanie na świeżym powietrzu jak najwięcej. Czyli spacery, spacery i jeszcze raz spacery!


PRAWO DO BŁĘDU



Chciałbyś robić wszystko najlepiej, najsprawniej, najpiekniej i najszybciej. Chciałbyś być najlepszym pracownikiem, współmałżonkiem i rodzicem. Wymagasz od siebie i od innych. Często bijesz się z myślami, czy dobrze robisz wracając do pracy i zostawiając dziecko z nianią. Albo katujesz się pytaniem, czy żłobek to dobre rozwiązanie dla dziecka. Zdarza Ci się krzyknąć na swoją latorośl, trzasnąć drzwiami ze złości, kupić sukienkę w przypływie impulsu, która teraz wisi w szafie, pokłócić z teściową, nie ugotować obiadu, zapomnieć o ważnej uroczystości, wykupić karnet na siłownię, który zalega w szufladzie...Często się o coś obwiniasz, masz do siebie pretensje, że nie robisz rzeczy wystarczająco dobrze. Nie jesteś super mamą czy tatą. Nie najlepszym pracownikiem i średnim" sportowcem". Poddajesz w wątpliwość sowoje talenty i swoją osobę. Porównujesz się z ludźmi z twojego otoczenia i masz wrażenie, że oni są lepsi, ładniejsi, mądrzejsi, młodsi i piekniej ubrani.

Daj sobie prawo do błędu

Kiedy podejmujesz jakąś decyzję, robisz to na bazie nabytych doświadczeń. Decyzja podjęta dzisiaj jest oparta na doświadczeniach wczorajszych, a ta podjęta jutro na dzisiejszych. Kiedy podejmujesz dziś jakąś decyzję, to jest ona zawsze dobra, bo zgodna z twoim dzisiejszym postrzeganiem świata. Podejmujesz ją na podstawie tego, co dzisiaj wiesz. Dzisiejsza decyzja jest najlepszą, jaką możesz dziś podjąć. Ta, którą podjąłbyś jutro mogłaby różnić się od tej dzisiejszej, bo byłaby oparta na nowym doświadczeniu. Mogłaby być rownież taka sama. Tego nie wiesz i się nie dowiesz. Dlatego przestań się obwiniać i zarzucać sobie popełnione błędy. DAJ SOBIE PRAWO DO BŁĘDU. Zaakceptuj porażki, gorsze dni, konsekwencje decyzji, z których podjęcia nie do końca jesteś zadowolony. Zaakceptuj swoje słabości i przestań dręczyć siebie i innych. Zmieniaj rzeczy, które ci przeszkadzają, zamiast złościć się na siebie. Zdarzy ci się nakrzyczeć bez powodu na własne dziecko? Trudno, każdemu się zdarza. Zamiast wmawiać sobie, jak beznadziejnym rodzicem jesteś i pogłębiać w sobie wyrzuty sumienia, wstań, podejdź do dziecka i powiedz mu, że masz gorszy dzień i przeproś za swoje zachowanie. Dziecko świetnie zrozumie i bardzo doceni twoją szczerość. Powiedziałeś komuś coś przykrego w przypływie złości? Odkręć to i już. Nie rozgrzeszaj się ani nie biczuj. Po prostu wyciągnij wniosek na przyszłość z danej sytuacji i  przejdź do porządku dziennego. Nie obwiniaj się. Zaakceptuj gorsze chwile i dni, swoje i innych. Zaakceptuj porażki. Wyluzuj i przestań się stresować. Błędy są wpisane w nasze życie. Nie ma ludzi, którzy ich nie popełniają. Są tylko tacy, którzy się nimi nie przejmują.

Błędy są fajne i mają w sobie moc. Ich popełnianie nie jest porażką, tylko lekcją, z której można wyciągnąć ciekawe wnioski. Dzięki nim możesz dowiedzieć się bardzo wiele o sobie, możesz zmienić swoje nastawienie do życia, spojrzeć na sprawy z innej perspektywy i zmienic swoje słabości w siłę i dobrą energię. Wszystko zależy od ciebie samego. Masz w sobie moc zmiany swojego nastawienia, swoich myśli i postaw. Możesz uczynić swoje życie prostszym i przyjemniejszym.

Co ciekawe, kiedy zaczynasz odpuszczać sobie i innym, nie spinasz się, wrzucasz sobie na luz i akceptujesz swoje słabości i porażki, to zaczynasz lubić siebie coraz bardziej. Coraz cześciej się uśmiechasz, jesteś bardziej zrelaksowany i w konsekwencji popełniasz mniej błędów. A kiedy je popełniasz, to w pełni je akceptujesz i idziesz dalej śmiało w życie z nauką dnia dzisiejszego. Stajesz się bardziej wyluzowanym rodzicem, współmałżonkiem, pracownikiem. I przede wszystkim zaczynasz patrzeć na siebie innymi oczyma. Jesteś wobec siebie mniej krytyczny, bardziej akceptacyjny i zaczynasz siebie lubić :) I o to przecież chodzi. Bo kiedy zaczynasz lubić siebie, zaczynasz też lubić innych. Zaczynasz dostrzegać małe radości każdego dnia i twoje życie staje się radośniejsze, piękniejsze i o wiele prostsze.

Daj sobie prawo do błędu. Błędy są najlepszym dowodem na to, że się starasz i że wciąż próbujesz.

C'EST MOI QUI DECIDE


C'est moi qui decide!


Bardzo lubię ten prosty francuski zwrot - c'est moi qui decide. Oznacza on: To ja decyduję, to ja podejmuję decyzję. Po polsku ta prosta kwestia brzmi dosć miękko, natomiast po francusku wydźwięk tego zwrotu jest twardy i słychać w nim decydującą moc. Dla mnie samej i w odniesieniu do mojego życia oznacza on tyle, co: To ja podejmuję decyzje w tym domu, to ja jestem kapitanem tego okrętu.

Używam go dla samej siebie, kiedy potrzebuję wzmocnić swoją samoocenę, swoją rację, słuszność podejmowanych decyzji. Często stosuję go w swojej głowie w odniesieniu do różnych sytuacji związanych z dziećmi. I wtedy, kiedy muszę być stanowcza. Kiedy na przykład córeczka nie chce się rano ubierać i urządza z tego powodu histerię, nie wdaję się z nią w dyskusję o koniecznosci założenia ubrań, bo po pierwsze nie mam na to czasu, a po drugie uważam, że w takiej sytuacji nie ma to sensu. Zamiast tego przypominam sobie w głowie ten zwrot, upewniam się, że pamiętam, kto w tym domu jest stroną decydującą, idę do pokoju córci i mówię spokojnym, ale stanowczym tonem, że ubrania leżą na krześle i że ma 5 minut, żeby je założyć. Wychodzę i idę sama się szykować. Córcia jeszcze chwilę marudzi, a po kilku minutach przychodzi do mnie ubrana z pytaniem, czy ma jeszcze czas na zabawę.
Ten prosty zwrot porządkuje coś w mojej głowie, pomaga mi nabrać dystansu do sytuacji i przede wszystkim sprawia, że moja reakcja jest adekwatna. Bo skoro ja tu decyduję i to ja jestem kapitanem, to mam wystarczająco dużo autorytetu, a to co mówię jest proste i zrozumiałe dla innych. Używam prostych, jasnych komunikatów i jestem słyszalna. Czyli nie muszę powtarzać tego, co powiedziałam. Nie muszę się denerwować ani krzyczeć. No właśnie, kiedy noszę ten zwrot w swojej głowie, nie potrzebuję krzyczeć ani podnosić głosu. Poczucie mojej wartości i sprawczości rodzicielskiej jest na tyle silne, że nie mam potrzeby odwoływania się do agresji.

Kiedy powtarzam - 'C'est moi, qui decide' zamykam się w łazience, patrzę w lustro i mówię to bardzo głośno, pewna siebie i zdecydowana. Powtarzam kilka razy, wychodzę i czuję, że panuję nad sytuacją. I tak czasem kilka razy dziennie. 

Na mnie działa i ustawia mnie na właściwe tory. Może przyda się i tobie? Spróbuj i poczuj francuską siłę tego przekazu :) A może ty też masz proste zwroty, które powtarzasz sobie codziennie, żeby przypomnieć sobie o swojej sile?

C'est moi qui decide - se mła ki desid ( wymowa )


POCZĄTEK NOWEJ PRZYGODY, CZYLI JAK ZOSTAŁAM MAMĄ PO RAZ DRUGI

Kto choć raz był w ciąży i do tego planował rodzić naturalnie, wie że w kwestii pojawienia się na świecie swojego potomka niewiele można przewidzieć. Końcówka ciąży to zazwyczaj długi okres wyczekiwania, który dłuży się niemiłosiernie, a my nie możemy się doczekać, kiedy w końcu zobaczymy naszego maluszka.

O tyle, o ile w pierwszej ciąży byłam cierpliwa i spokojnie odliczałam dni do porodu, to przy drugiej każdy kolejny dzień końca ciąży wydawał się nieskończenie długi, brzuch ciężki, a ja mniej odporna na czekanie. Związane to było w dużym stopniu z ryzykiem porodu przdwczesnego, które pojawiło się 6 tygodni przed terminem. Zupełnie niespodziewanie musiałam iść na kilka dni do szpitala, a przez kolejnych kilka tygodni musieliśmy przeorganizować nasze życie. Ja musiałam więcej odpoczywać, córeczka zaakceptować, że mama jest mniej mobilna niż zazwyczaj, a mąż poza pracą przejął większość domowych obowiązków. Na początku nie było łatwo, ale dzięki przyjaciołom i babci, która pojawiła się z pomocą, daliśmy radę. Ale czekanie dało się nam wszystkim we znaki...no bo przecież ileż można oczekiwać.

I jak to z ciążą bywa i tym razem scenariusz napisało samo życie, a wszelkie przewidywania okazały się nietrafione.

Powiem tak, moja pani doktor nie dawała praktycznie żadnej szansy, że donoszę ciążę do terminu. Przewidywała też, że bobas będzie raczej mniejszy, jak większy. I że urodzę bardzo szybko. Co do terminu, to pomyłka całkowita, bo 2 tygodnie przed porodem wszystkie objawy wczesnego porodu się zatrzymały i urodziłam 3 po terminie ;) Oskarek urodził się z wagą 4 kg, więc również zdecydowanie niezgodnie z przewidywaniami pani doktor. Jedynie ja byłam pewna, że synek będzie duży, obawiałam się nawet, że może mieć ponad 4 kg. Po prostu czułam, że jest duży i silny. Brzuch miałam wypełniony do granic możliwości, a kiedy kopał, to czułam, że nie jest to kopanie małego chłopca. Zatem, kiedy lekarz zaanonsował 4 kg nawet nie byłam zdziwiona ;)

Wspomnienia z porodu.

Po całej historii z oczekiwaniem wczesnego porodu okazało się, że nasz Oskarek wcale nie zamierzał wychodzić i trzeba go było zaprosić na świat. Nie myślałam, że czeka mnie wywoływany poród. Przyznam jednak, że w tej ciąży starałam się zbyt wiele o porodzie nie myśleć i przede wszystkim nie przewidywać i nie pisać w głowie scenariuszy. Kiedy rodziłam córeczkę miałam tyle oczekiwań, że kiedy okazało się, że poród przebiegł zupełnie inaczej niż w moich wyobrażeniach, że musiałam zaakceptowac rzeczy, których nie chciałam, mój nastrój bardzo na tym ucierpiał. Przeżywałam poród przez jakiś czas i byłam zła, że nie poszło po mojej myśli. Dlatego nauczona tym doświadczeniem, wiedziałam na czym mi zależy przy drugim porodzie, ale nie nastawiała się na nic. Postanowiłam, że zaufam położnej i swojej intuicji i że skupię się na dziecku i na tym, żeby mu pomóc przyjść na świat bezpiecznie. I wiecie co? Podziałało. Poród trwał 9 godzin, więc jak na drugi wcale nie był krótki, synuś był duży i niełatwo było go wyprzeć, ale uważam, że był dokładnie taki, jaki miał być. Dostałam gaz i znieczulenie zewnątrzoponowe (polecam i jedno i drugie, a szczególnie gaz :), który bardzo rozluźnia i poprawia humor. Zastanawialiśmy się nawet z mężem dlaczego nie podają go kobietom już po porodzie dla lepszego samopoczucia...). W drugiej fazie porodu tak bardzo skupiłam się na instrukcjach położnej i na tym, żeby synek szybko pojawił się na świecie, że w knsekwencji poszło szybko i sprawnie. I ten magiczny moment, kiedy widziałam go w rękach położnej i już za chwilę trzymałam go w ramionach. Świat się zatrzymał, a na mojej twarzy pojawił się wielgachny uśmiech, radość z narodzin nowego człowieka, wzruszenie i duma, że po raz drugi jestem mamą. Plus radość i duma męża, że tak świetnie sobie poradziłam - niezapomniane!

Mamą po raz drugi.

I w ten oto sposób, z radością i uśmiechem na ustach przeszłam do porzadku dziennego. Po prostu urodziłam i już. Pomogłam synkowi przyjść na świat. Znów zostałam mamą. Wydało mi się to takie naturalne. Aż sama się dziwię, mając wspomnienie pierwszego porodu. Ten poród z pewnością wyleczył mnie z wszelkich złych wspomnień i pomógł uwierzyć we własne siły.

A potem były już tylko przyjemności: pierwsze karmienia, zapoznawanie się z maluszkiem, przyglądanie się małemu cudowi, przytulanie i wiele innych wspaniałości. Krótkie 2 doby w szpitalu i powrót do domu do córeczki, dla której pojawienie braciszka okazało się tak samo naturalne, jak dla nas.
Teraz Oskarek ma 2 tygodnie i rośnie nam jak na drożdżach. Wspólnie uczymy się nowych rytuałów, oswajamy nieprzespane noce ;), chodzimy na spacery, zaczynamy się masować i przymierzamy do chustonoszenia. Ale o tym wszystkim w kolejnych postach, a na koniec kilka zdjęć.
















DZIECIAKI ŚWIATA - KSIĄŻKA GODNA POLECENIA

Dzieciaki Świata. Książka Martyny Wojciechowskiej. Prezent urodzinowy od mojej kochanej przyjaciółki. Wspaniała lektura zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci. Napisana przez dziennikarkę z pasją odkrywania i miłością do najmłodszych. Oceniona i skorygowana przez córkę tejże dziennikarki. W rezultacie to książka napisana przez mamę i córkę, z perspektywy bardziej dziecka jak dorosłego. 

Kolorowa, pełna zdjęć i obrazów. Przepięknie wydana. Wspaniale się czyta i przegląda. Przybliża czytelnikowi świat dzieci w innych krajach i innych kulturach. Opisuje, radzi, uczy, rozbawia. Zadaje pytanie i zmusza czytelnika do znalezienia na nie odpowiedzi. Ta książka to świetny pomysł na twórcze spędzenie czasu z maluchem. Muszę przyznać, że czytając historię małych bohaterów, z różnych krańców świata, nie mogłam się zupełnie oderwać od lektury i znów zamarzyło mi się zwiedzanie zakamarków świata oraz poznawanie ludzi i ich pięknego świata.

"Zastanawiasz się czasami, jak mieszkają Dzieci w innych miejscach na świecie? Mają całkiem inne domy, na przkład takie zrobione z gliny i liści, nie mają łóżek, więc śpią na podłodze, nie mają lalek i samochodzików. Są takie Dzieci, które nie maja ubrań, nigdy nie były u lekarza, nie jadły lodów, nie wiedzą co to jest telewizor...Ale są szczęśliwe! " . Fragment książki "Dzieciaki Swiata".

Szczerze polecam!



CO NAS CZEKA WE WRZEŚNIU

Źródło
Sierpień już prawie dobiega końca. Był to dla mnie miesiąc wyjątkowy i pracowity. Niesamowicie rodzinny i w związku z upałami, prawdziwie wakacyjny. Obfitujący w różne propozycje i 'wielkie' wiadomości. Wszystko to, co dzieję się w tym miesiącu, zaowocuje już we wrześniu.

Z kalendarza...

1. Amelka idzie do przedszkola.

Pierwsze wydarzenie jest bardzo prywatne. Już 1 września moja córeczka idzie do przedszkola.  Bardzo się cieszę z tego faktu, ale nie ukrywam, że mam trochę obaw: jak zniesie rozstanie, czy będzie tęsknić za mną, czy nie będzie chorować i wiele innych. Z drugiej strony wiem, że idzie do przedszkola z grupką swoich najlepszych dziecięcych przyjaciół, więc nie będzie się czuła taka samotna.  Wciąż nie mogę uwierzyć, że już jest taka duża. Moja mała dziewczynka
Przygotowania trwają. W przyszłym tygodniu zaczynamy przedszkolną adaptację. Poza tym rozmawiamy o przedszkolu w domu, czytamy książeczki o przedszkolu i czasem chodzimy zagladać tam przez okno. Czeka nas jeszcze zakup plecaczka i woreczka na kapcie. O tym, w jaki sposób ułatwić dziecku pójście do przedszkola pisałam tu.

2. Pokazowe Warsztaty Masażu Niemowląt.

7 września poprowadzę dla Was pokazowe warsztaty Masażu Niemowląt na kiermaszu ubranek i akcesoriów dziecięcych - Kraków Łał w budynku Forum Przestrzenie, przy ulicy Konopnickiej w Krakowie. Pierwsze takie warsztaty odbyły się już na majowej odsłonie Łał i cieszyły się dużym zainteresowaniem. Zdjęcia z zajęć możecie obejrzeć tu.
Na kiermaszu możecie nacieszyć oko przepięknymi wyrobami polskich niszowych marek dziecięcych. Od razu ostrzegam, że nie sposób czegoś nie kupić :)
Konkretne godziny warsztatów Masażu podane zostaną wkrótce na stronie facebookowej Kraków Łał.
Serdecznie zapraszam!

3. Szkoła Rodzenia w Centrum Rodzinki.

Wspominałam jakiś czas temu na facebooku, że już niedługo spotkacie mnie na zajęciach w Centrum Rodzinki. To wspaniałe, stworzone z wielką pasją miejsce przygotowało dla Was niesamowicie kompleksową ofertę. Od zajęć szkoły rodzenia, poprzez warsztaty dla mam, tatusiów, porady psychologiczne, zajęcia ruchowe, typu joga, a nawet tantra, cooworking i przedszkole dla Waszych maluchów. Koniecznie wejdźcie na stronę. Czeka tam na Was sporo ciekawych propozycji.
Pierwsza Szkoła Rodzenia w Centrum Rodzinki rusza już 11 września. W programie szkoły planowane są zajęcia z wyjątkowymi, doświadczonymi położnymi, psychologiem i fizjoterapeutą. Ja poprowadzę dla Was dwugodzinne warsztaty wpowadzające w tajniki rodzicielstwa z elementami Masażu Niemowląt. 
Jeśli chcecie zapisać się na Kurs Masażu, to zapraszam do zapisów tu.

4. Mój wielki dzień.

17 września to mój Wielki Dzień. Zaczynam moją wymarzoną pracę. Szczegółów jeszcze nie zdradzę. Dowiecie się już niebawem :) Moja radość i ekscytacja, możecie sobie wyobrazić - ogromna!

5. Spotkanie Blogujących Rodziców.

28 września spotkam się z innymi blgującymi mamami i tatami na spotkaniu, zorganizowanym przez Edytkę z Life Skills Academy/ Bam - Blogujące Mamy. W planie 3 godziny inspirującch warsztatów oraz rozmów z niesamowicie kreatywnymi osobami. Już się nie mogę doczekać.

Jak sami widzicie wydarzeń całkiem sporo. Wrzesień będzie pracowity i niesamowicie ekscytujący. Najważniejsza jest w tym wszystkim moja córeczka i jej pierwsze chwile w przedszkolu. Mam nadzieję, że sprostam sytuacji i będę dla niej wystarczającym wsparciem.

A Wy, jakie macie plany na przyszły miesiąc?



NASZE DOMOWE DIY, CZYLI RĘCZNIE ZROBIONA DZIECIĘCA KUCHNIA


Dokładnie rok temu przytargałam od rodziców z piwnicy starą szafkę. Miałam co do niej plan. Właściwie to plan miałam już dużo wcześniej. Bardzo chciałam kupić Amelce zabawkową kuchnię, w której mogłaby gotować swoje wyimaginowane obiady. Chciałam, żeby kuchenka była fajna, stylowa, dopasowana do klimatu mieszkania. Przejrzałam setki zdjęć i ofert i po jakimś czasie wiedziałam, że nie znajdę tego, czego szukam w rozsądnej cenie. 

Postanowiłam, że zrobię ją sama. Wymyśliłam sobie dokładnie, jak kuchnia miałaby wyglądać i jaką szafkę potrzebuję. Na moje ogromne szczęście dziadkowie Amelki mają duży dom z garażem, piwnicą i strychem, czyli miejscami, które zawsze kryją cenne skarby. Znalazła się tam i szafka. Prościutka, dość mała, więc idealna do naszej kuchni ( bo plan był taki, że Amelka gotuje swój, a ja swój obiad). Idealna do mojego projektu! Tata pomógł przybić z tyłu płytę, która miała posłużyć jako tylka ściana, na której znajdowałyby się haczyki do wieszania kuchennych akcesoriów. 

Szafka przyjechała wraz ze mną do Krakowa i tu zamieniła się krok po kroku w kuchenkę dla Amelki. Postawiliśmy ją na balkonie i w ciągu jednego tygodnia, kiedy Amelka szła spać ( czyli wieczorami) my prowadziliśmy nasze prace DIY w 30 stopniowym upale, byleby jak najszybciej zobaczyć efekt. Ja ścierałam szafkę papierem ściernym, mąż wyciągnął z drzwiczek płytę i przykleił przezroczystą płytę plexi, która miała imitować piekarnik. Przykleił również do górnej części kuchenki piękny element, który wyciągnął z drzwiczek i wyszła bardzo stylowa dekoracja. Pomalowaliśmy szafkę farbą (kolor - white antique ). Była tak zniszczona, że potrzebowaliśmy aż 3 warst, żeby wreszcie uzyskać jednolity kolor. Potem przykręciliśmy do górnej płyty haki na łyżki kuchenne, a do drzwiczek szuflady gałki, pomalowane czarną farbą, które miały imitować pokrętła. Z samoprzylepnego papieru wycięliśmy równe koła, które miały posłużyć jako płyty grzewcze. 

I gotowe. Amelka dostała od nas w prezencie unikatowy model kuchenki. Zrobionej z miłością, naszym własnym pomysłem i nakładem pracy. Opłacało się! Nasza satysfakcja ogromna, a radość Amelki bezcenna. 
Jakiś czas później dokupiliśmy w Ikei komplet blaszanych garnków, łyżek do mieszania i  2 zestawy warzyw, a z czasem doszło jeszcze wiele innych sprzętów.

A oto efekt!









NOWE ŻYCIE STARYCH ZABAWEK

Jestem idelistką i tradycjonalistką. Uwielbiam wszelkie sposoby dbania o tradycje i wspomnienia. Kocham słuchać historii z dzieciństwa, opowieści z dawnych czasów. Lubię oglądać zdjęcia i albumy, dopytywać o szczegóły. Bardzo ważne są dla mnie rodzinne święta, obchodzenie urodzin i rocznic. Ofiarowywanie prezentów, pisanie kartek, kolekcjonowanie pamiątek. Uwielbiam stare rzeczy, z duszą i z historią.  

Kiedy byłam małą dziewczynką moja mama zapisywała wszystkie ważne momenty mojego życia w Albumie Dziecka, który po prostu ubóstwiałam oglądać i słuchać zapisanych w nim historii. Potem przyszedł czas na zabawki. Odkąd pamiętam, wiedziałam, że mama przechowuje nasze-czyli moje i mojego rodzeństwa zabawki na strychu. Chodziłam tam często robić mamie bałagan. Wyciągałam z worków stare lalki i książki i z rozkoszą je oglądałam. Robiłam to, kiedy byłam dzieckiem, nastolatką i studentką. Zawsz z przyjemnością.
Część ulubionych książek z dzieciństwa dostałam, po ślubie, kiedy zaczęłam tworzyć swój własny dom. Są to stare, prawie rozpadajace się książki i baśnie, które mój tata czytał nam codziennie na dobranoc. Teraz czekają na moment, aż Amelka podrośnie na tyle, że ja będę mogła je czytać jej na dobranoc.

Rozczuliła mnie babcia mojego męża, podczas tegorocznych wakacji. Przyniosła Amelce cały worek starych zabawek. Wszystkie należały kiedyś do tatusia Amelki. Uwielbiam się bawić, więc byłam zahwycona. Może nawet bardziej od Amelki. gdyż zdawałam sobie sprawę z wartości sentymentalnej tych zabawek.
Nie uwierzycie. Były tam plastikowe pudełeczka, bardzo teraz popularne. Kwadratowe pudełka, które wkłada się jedno w drugie albo buduje z nich wieżę. Niesamowite, że były znane już ponad 30 lat temu. Była tam farma ze zwierzętami i płotkami w stanie idealnym, klocki, z których można budować różne domki, a także kilka kolorowych książeczek. Wszystkie świetnie zachowane i wszystkie aktualne. Nic się teraz nie zmieniło. Mamy teraz dokładnie takie same zabawki.
Powyciągałyśmy wszystkie zabawki z wora, rozstawiłyśmy je na stoliku i bawiłyśmy się nimi codziennie podczas naszego pobytu. Nie zabraliśmy ich ze sobą do domu, bo za każdym razem, kiedy tam wrócimy, one będa tam zawsze na nas czekać i przypominać nam piękne i wartościowe chwile.

Dla mnie przygoda ze starymi zabawkami to wspaniała podroż do dzieciństwa. To moment na pobycie z dzieckiem, które w nas mieszka, to pozwolenie sobie na piękną refleksję i być może super zabawę. To chwila rodzinna. Dla nas to przypomnienie pięknych, beztroskich chwil, a dla naszych pociech możliwość uczestniczenia w części naszego życia, której nie znaja, a która może być dla nich niesamowicie atrakcyjna.
Polecam wszystkim. Szczególnie teraz w okresie wakacyjnym. Jeśli jedziecie do swoich rodziców albo dziadków, wybierzcie się na strych albo do piwnicy, zapytacie ich o wspomnienia, poszukajcie skarbów z dzieciństwa. Na pewno znajdziecie więcej niz się spodziewacie.
To poczucie w środku, w sercu, że jesteśmy dziećmi, że kiedyś nasz świat był bestroski i radosny i że ktoś tak pieknie się zaopiekował naszymi wspomnieniai to po prostu bezcenne.

Konieczcie podzielcie się z nami, jakie zabawki Wam się udało znaleźć!

Plastikowe pojemniczki, które mają ponad 30 lat.

Są bardzo podobne do tych, którymi bawi się teraz Amelka.

Niesamowite, że wciąż aktualne.

Farma w idealnym stanie.

Klocki, z których możemy budować domki.

Wszystkie zabawki Amelki tatusia.

Konik na biegunach, który kiedyś należał do tatusia Amelki.

 Książki mojego dzieciństwa.

 Moja ulubiona księga baśni.

Album tatusia Amelki.

Książeczka rozkładana, uwielbiana przeze mnie.


CHWILA RELAKSU - 30 MINUTOWE DOMOWE SPA

Każda z nas potrzebuję czuć się piękna i zrelaksowana. W codziennej gonitwie często zapominamy o sobie i swoich potrzebach. Zmęczone po całym dniu, idziemy spać, a rano znów wpadamy w wir pracy. A warto zadbać o swoje samopoczucie psychiczne i fizyczne. Wzmocni to nasze poczucie wartości, pewności siebie, podniesie poziom endorfin i sprawi, że poczujemy się po prostu szczęśliwsze.

Zatem dziś moje Drogie Panie proponuję Wam i sobie półgodzinną-godzinną odnowę we własnym domu. Tanio, zdrowo i przyjemnie. Używamy tylko naturalnych produktów. Korzystamy z tego, że lato w pełni, a owoce i warzywa są piękne, soczyste i tryskają witaminami. 15 minut, pół godziny, godzina. Nie ważny jest czas, ważne jest nastawienie, przygotowanie i totalny spokój.

Na początek zaplanujmy taki moment w ciągu dnia albo wieczorem, kiedy wiemy, że nikt nie będzie nam przeszkadzał. Dla mnie zdecydowanie jest to wieczór, kiedy moja córcia idzie juz spać. Wtedy mogę się  skupić tylko i wyłącznie na sobie. Przygotowuję wcześniej w kuchni potrzebne produkty i mikstury, stawiam wszystko na tacy, zaszywam się w łazience, włączam ulubioną muzykę z przenośnego magnetofonu, zabieram do łazienki ze sobą fotel i zaczynam mój kobiecy seans.

Plan na dziś:
-peeling z płatków owsianych albo skrystalizowanego miodu
-maseczka na twarz z awocado albo jogurtu i nektarynki
-plasterki ogórka na oczy
-maseczka jajeczno-cytrynowa na włosy
-maska kremowa na twarz
-olejek cynamonowy na ciało

Najpierw związuję włosy gumką i wcieram w nie maseczkę z jajka i cytryny. Zostawiam na jakiś czas. Zaraz potem myję twarz pilingiem z płatków owsianych albo miodu. Po kilku minutach płuczę twarz wodą i nakładam maseczkę. Dziś będzie nektarynka z jogurtem. Uwielbiam jej zapach i smak :) Twarz jest potem delikatna i świeża. Zostawiam maseczkę na około 15 minut. Siadam w fotelu. Kładę na oczy plasterki świeżego ogórka i w pełni się relaksuję. Po kilkunastu minutach ściągam plasterki ogórka, zmywam maseczkę z twarzy i pod prysznicem zmywam maskę z włosów. Nie myję włosów szamponem. Zrobię to na drugi dzień. Przez noc skóra głowy wchłonie substancje odżywcze z naturalnych składników. Na zakończenie prysznica nacieram całe ciało olejkiem cynamonowym i lekko osuszam ręcznikiem. To jeszcze nie koniec. Na twarz i dekolt nakładam bardzo grubą warstwę kremu, którego zwykle używam i pozostawiam do wchłonięcia. Po 10 minutach wklepuję opuszkami palców resztki kremu, który się nie wchłonął. I już. Teraz czuję się jak bogini. Piękna i pacnąca. Zrelaksowana i odnowiona idę spać. Nic tak nie wpływa na urodę i poprawę nastroju jak kilka porządnych godzin snu. Rano widzę efekt mojego spa. Zamiast opuchlizny pod oczami, skóra jest bardziej gładka i wypoczęta. Seans powtórzę za kilka dni.

Pod spodem kilka przykładowych przpisów, które świetnie się sprawdzą w szybkim domowym spa.

Peeling z płatków owsianych:
-2 łyżki płatków
-2 łyżki przegotowanej ciepłej wody
Mieszamy, zostawiamy na kilka minut i mamy gotowy peeling. Idealny do mycia twarzy.
Peeling pięknie natłuszcza i wygładza twarz.

Peeling z miodu:
- łyżka skrystalizowanego, twardego miod
- kilka kropel soku z cytryny
Mieszamy i gotowe. Delikatnymi ruchami wcieramy w twarz przez kilka minut i płuczemy wodą. Cudownie oczyszcza i rozpromienia cerę. Ja nie dodaję cytryny, ze wzgledu na skłonność do alergii, ale kto nie ma problemów skórnych, niech koniecznie doda, bo cytryna rozjaśnia i rozpromienia cerę.

Maseczka ze świeżego avocado:
-jedno dojrzałe avocado
-2 łyżeczki miodu
-2 łyżeczki oleju lnianego albo oliwy z oliwek
Kroimy avocado na pół i usuwamy pestkę. Wyciągamy miąższ do miseczki i ucieramy na papkę. Dodajemy miód i olej i razem mieszamy. Gotową maseczkę nakładamy na twarz i dekolt. Zostawiamy na ok 15 minut.
Wspaniale natłuszcza i wygładza.

Maseczka z nektarynki:
-jedna dojrzała nektarynka
-2 łyżki jogurtu naturalnego
-kilka kropel cytryny
Nektarynkę obieramy ze skórki, kroimy na kawałeczki i rozgniatamy w miseczce na papkę. Mieszamy z jogurtem i cytryną. Nakładamy na twarz i zostawiamy na ok 15 minut. Odżwieża i rozpromienia cerę.

Maseczka jajeczno-cytrynowa na włosy:
-1 jajko
-2 łyżeczki soku z cytryny
-łyżka miodu
-łyżka oliwy z oliwek
Surowe jajko wbijamy do miseczki. Dodajemy oliwę, miód i cytrynę. Wszystko razem dokładnie mieszamy.
Gotową maseczkę nakładamy na włosy i skórę głowy, chwilę masujemy i zastawiamy na ok 10 minut. Możemy włosy zawinąć folią albo ręcznikiem.
Ja do swojej wersji nie dodaję cytryny, bo jak wspomniałam wcześniej mam skłonność do alergii, ale mimo tego maseczka nie traci na wartosci i wciąż wspaniale odżywia i rozświetla włosy. 
Ta maseczka to wspaniała dbudowa włosów po ciąży i okresie karmienia piersią.

Olej cynamonowy do ciała:
-butelka oliwy z oliwek
-2 opakowania cynamonu
-kilka goździków
Oliwę podgrzewamy w garnuszku, ale nie doprowadzamy do wrzenia. Dodajemy cynamon i goździki, mieszamy i zostawiamy aż wystygnie. Przelewamy przez sitko do butelki i mamy gotowy olejek do pielęgnacji ciała. Przepięknie pachnie i wspaniale natłuszcza. Dobrze się wchłania zaraz po kąpieli, lekko wtarty w ciało ręcznikiem.













MOJE 5 MINUT

Rodzicielstwo to nie tylko obowiązki. To również małe i większe przyjemności. Niektóre związane są z maluchem, z tym, że ktoś zadba o nas, zrobi dla nas coś miłego, a niektóre z tym, że my sami zadbamy o siebie i pozwolimy sobie na odrobinę luksusu, zwanym chwilą dla siebie!

Uwielbiam czytać i kocham książki. Gdybym miała czas i mnóstwo pieniędzy, to z pewnością mój dom zamienilby się w wielką bibliotekę. Uwielbiam kupować książki, wyszukiwać je na sklepowych półkach, uwielbiam je dostawać w prezencie. Bardzo lubię mieć je na własność. W każdej z nich jest zawarta jakaś historia, jakaś myśl, kawałek czyjegoś życia. Niektóre nic nie wnoszą  moje życie, inne przeciwnie pozostawiają po sobie jakiś ślad, jakąś refleksję.

Pierwsze kilka miesięcy mojego macierzyństwa przebiegło tak intensywnie, że nie miałam ani czasu ani nawet ochoty na czytanie. Dużo z córeczką spacerowałam, dużo wychodziłam na różne zajęcia i spotkania ze znajomymi mamami. Ogarniałam dom i kiedy przychodził wieczór, zazwyczaj byłam tak juz zmęczona, że marzył mi się tylko spokojny, jak najdłuższy sen.

W pewnym momencie potrzeba czytania po prostu wróciła. I od tamtej pory czytam chyba jeszcze więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Wykorzystuję na to każdą wolną chwilę. Choćby kilka minut dziennie.
Chyba wszyscy moi bliscy zauważyli moja pasję, bo zasypują mnie książami przy każdej okazji.
Cudownie, chcę jeszcze!

Po raz pierwszy mam więcej książek oczekujących na przeczytanie niz wolego czasu!
2 świetne przewodniki, 2 nowe ksiażki o rozwoju dziecka, 1 o samorozwoju, 1 o eko sposobach na sprzątanie i kilka powieści.
Wyglada to tak, że z zachlanności czytam wszystkie po trochę. Na szczęście wakacyjny wyjazd wkrótce, więc okazji do czytania będzie mnóstwo. Już się nie mogę doczekać.
A oto kolekcja książek w kolejce do przeczytania.